Czy za pośrednictwem mało romantycznej instytucji można znaleźć prawdziwą miłość? Postanowiłam to sprawdzić. Do akcji włączyły się dwie koleżanki z redakcji: Hania, asystentka naczelnej, i Iwona, nasza korektorka. Przejrzałam książkę telefoniczną i ostatnie wydanie "Gazety Wyborczej" - rzuca zza komputera Iwona. - Wybrałam trzy biura. Jutro idę - decyduje się. "No tak - myślę - do odważnych świat należy". Ja miałam wątpliwości. No bo jak to? Mam zadzwonić do obcych ludzi, oznajmić, że szukam męża, i jeszcze opowiedzieć o swoich oczekiwaniach, wewnętrznych potrzebach? Hanka też jest zaniepokojona. - Pomyśl, jak się muszą czuć te kobiety, które rzeczywiście w ten sposób szukają partnera, skoro nawet my jesteśmy sparaliżowane. - Musimy się przełamać - dodaję jej otuchy. - Czego się tak naprawdę boimy?
Telefony - Wybrałam na początek znane warszawskie biuro. Z tradycjami - opowiada Iwona. - Ale już pierwsza rozmowa telefoniczna z tamtejszą asystentką zniechęciła mnie zupełnie. W jej głosie nie było nawet krztyny ciepła i zainteresowania. Odpuściłam sobie. Drugie biuro reklamowało się jako "profesjonalne". Zadzwoniłam i już pierwszy sygnał też był negatywny. Pani miała zirytowany głos. "Chyba nic z tego nie będzie" - przemknęło mi przez głowę. Przełamałam się jednak i umówiłam na spotkanie. - Miałam lekką tremę - zwierza się Hanka. - Bałam się, czy zostanę dobrze przyjęta. Cały dzień chodziłam zdenerwowana i czułam w sobie duży opór.
I na mnie przyszła kolej. Głęboki wdech. Głos w słuchawce należy do miłej kobiety. Zaprasza na spotkanie. Będę musiała zapłacić 150 zł i przez trzy miesiące moja oferta będzie dostępna w biurze. Dostanę 5 numerów telefonów do wybranych przeze mnie kandydatów. Spotkanie mam nazajutrz. Już przy pierwszym kontakcie telefonicznym można wyczuć, czy w biurze będzie miło i czy potraktują nas z szacunkiem.
Rada numer jeden: odpuść sobie biuro, w którym przywitano Cię chłodno przez telefon. To nie rokuje, że ktoś naprawdę pomoże Ci w tak osobistej i trudnej sprawie.