Stało się. Dałeś się ponieść emocjom, zrozumiałeś jej niewinne aluzje o złapanym welonie i popłakiwanie po kątach i poleciałeś wreszcie po ten pierścionek. Miłe słowa (sam też się trochę wzruszyłeś), przyklęknięcie na jedno kolanko i w zasadzie już po wszystkim. Po wszystkim? Niestety tylko Ty tak myślisz.
Etap pierwszy: przygotowanie gruntu
Absolutnie natychmiast musi się dowiedzieć o tym mamusia, a potem wszystkie koleżanki. I to w zasadzie już jest ten moment kiedy przestajesz mieć jakiekolwiek wyjście. Prawdziwi twardziele zrywający zaręczyny lub uciekający sprzed ołtarza to już bowiem gatunek w fazie wymarcia. Na marginesie mówiąc, to dzisiejsze wyemancypowane kobitki, napatrzywszy się na Julię Roberts i Jennifer Lopez, potrafią wywijać niezłe numery. Także czujności nigdy za wiele, pamiętaj! Lepiej nie chodzić później z łatką ofiary porzuconej tuż przed ślubem.
Ale wróćmy do rzeczy. Pierwszy wspaniały pomysł wybranki: "Zróbmy oficjalne zaręczyny. Oczywiście u mnie w domu, przyjadą Twoi rodzice, przyjdzie mój brat z żoną. No, i dziadka też trzeba zaprosić. On to się dopiero wzruszy... Trzeba by już pomyśleć o jakiejś dacie; może w grudniu, co kochanie?"
W grudniu??! Jak to w grudniu? Przecież to już za pół roku! Ledwie możesz oswoić się z myślą, że tak głupio dałeś się wciągnąć w te oświadczyny, a tu już data gotowa. Próbujesz negocjacji, może luty, może styczeń? No tak, "r" nie ma w nazwie miesiąca, więc odpada. Potem Wielki Post, no tak - to też nie da rady. Grudzień po Świętach i już.
Oficjalne oświadczyny to mały koszmar. Wbity w garnitur z dwoma bukietami (jeden dla przyszłej teściowej) i flaszką jedziesz z rodzicami. Atmosfera gęsta, nawet Twój ojciec rzucający dowcipami nie bardzo może się odnaleźć. Wreszcie zapada decyzja: będzie wesele i to jak się patrzy, na 100 osób przynajmniej.
Machina ruszyła i nie ma na to rady. Od tej pory jesteś już tylko jej jednym, choć dość ważnym, trybikiem.