Nie opieraj się przed wizytami u kosmetyczki i w solarium, bo to na nic. Jeśli chcesz w zgodzie dotrwać do ślubu, to i tak musisz iść. Przecież nie możesz wyglądać przy niej jak fleja i syn młynarza. Nauka walca też Cie nie ominie, a jeśli narzeczona jest ambitna, to i tango i czaczę potrafi wymusić. Nie bój się, nie zapomni i o siłowni, bo przez próg musisz ją przenieść obowiązkowo, i to bez względu na gabaryty. Jedyne przy czym możesz negocjować, to samochód do ślubu, chociaż jak zobaczy różowego cadillaka, to nie ręczę.
Generalnie rzecz ujmując wszelkie opory z Twojej strony na nawet najbardziej poronione pomysły lubej, nie mają sensu. Ona wie lepiej, ale uwierz: to rzeczywiście jest prawda. Z resztą im bliżej do "godziny zero", tym bardziej zaczniesz się o tym przekonywać.
Etap trzeci: Ty też masz drugą twarz
Nie ma szans, żebyś wreszcie nie zmiękł i nie zaczął się bać. U jednych to przychodzi wcześniej, u drugich później, ale zawsze jest nieuniknione. Nagle sam chcesz poćwiczyć walca, martwisz się, czy wizytówki na stołach będą dobrze ułożone i kombinujesz na jaką by tu zmienić fryzurę. Grajkowie przed domem Panny Młodej juz nie wydają się takim idiotycznym pomysłem jak na początku, a i te wstążki na samochodach też nie są takie złe. Uczysz się na pamięć przysięgi małżeńskiej i modlisz się o ładną pogodę. Przestajesz wreszcie liczyć ile pieniędzy kosztowało to wszystko i jaki samochód mógłbyś za to mieć (do tego wrócisz po ślubie...).
Oczywiście jest jeszcze chwila relaksu i wieczorek kawalerski. Nie bądź jednak zbytnio wyluzowany; koleżanki-diablice lubej mogą wymyślić jakiegoś rozbierającego się pana, czy coś w tym rodzaju. Tak więc czujność do samego końca.